Dil se

DIL SE” („Z całego serca”)


Obejrzałam i długo nie wiedziałam, co o nim myśleć. Dziwny film. Poważny. Piękny. Ponoć o miłości (podróż przez „siedem odcieni miłości”), ale nie zauważyłam. Aha, będą spoilery, bo nie umiem bez, ostrzegam lojalnie.

Szaruk gra dziennikarza radiowego Amara, który ulega fascynacji przypadkowo poznaną dziewczyną, Meghną (Manisha Korala). Dziewczyna natomiast ewidentnie skrywa jakieś tajemnice i jeszcze ewidentniej wzbrania się przed jakimkolwiek związkiem. I tak spotykają się raz za razem, Szaruk ją nachodzi, narzuca się, no jest namolny do niemożliwości. Pychol mu obiją, kobita się ewakuuje na drugi koniec kraju niemalże, a on i tak będzie drążył... Owszem, uroczy jak zwykle, ale lekko psychopatyczny w swoim uporze. Natomiast dziewczyna jest małomówna, wycofana, zdystansowana i z olbrzymim bagażem życiowym (traumy z młodości jak malowanie). A cóż może być bardziej fascynującego, niż piękna, smutna, tajemnicza nieznajoma? Kiedy wydaje się już, że chłopak powoli zaczyna docierać do jej wnętrza, dziewczyna znika z jego życia (oczywiście nie na dobre, bo to dopiero pierwsze 1,5 godziny filmu minęło). W połowie filmu dowiadujemy się tego, czego można było domyślić się już na początku: Meghna należy do ugrupowania terrorystycznego (wątek terrorystycznej walki biednych prowincji o swoje prawa toczy się w tle od początku) i całe swoje życie podporządkowała tej organizacji.

Kiedy Amar traci już nadzieje na ponowne spotkanie i decyduje się na aranżowane małżeństwo z uroczą, młodą Preeti (debiut Preity Zinty), drogi jego i Meghny ponownie się krzyżują. Kobieta chce wykorzystać jego koneksje, aby móc wykonać zaplanowaną akcję terrorystyczną, a on poczciwie się godzi i odtąd ma na głowie i w domu dwie terrorystki + narzeczoną. Że taki układ nie może doprowadzić do niczego dobrego nie trzeba chyba mówić.

Obejrzałam ten film i, szczerze mówiąc, nie wiedziałam, co o nim myśleć. Dobry film, bardzo dobry nawet, tylko… jakoś nie porwał za serce i już. Spodziewałam się chyba czegoś nieco innego, jakiejś łzawej historii miłosnej z rewolucją w tle. Sooo wrooong. Film ma w sobie bardzo niewiele z typowego bolly, gdyby nie choreografie (kultowa już scena tańca na jadącym pociągu!), to mielibyśmy właściwie w miarę klasyczny dramat polityczny, choć nakręcony bardzo malarsko i dopieszczony estetycznie. Nawet muzyka i układy choreograficzne są takie mocno transowe, wprowadzają w stan (często przyciężkiego) odurzenia. Zagrany jest świetnie, dziewczyny rewelacyjne, nawet Szaruk nie robi ani jednego irytującego, przerysowanego grymasu (wow, po raz kolejny okazuje się, że facet na serio umie dobrze grać, jeśli tylko chce).

A dramat mamy tu wielopłaszczyznowy. Dramat terrorystów, których oddziały składają się nawet z małych dzieci, walczących o lepsze jutro. Ludzie ci nie widzą szans na poprawę sytuacji w inny sposób, niż przez brutalną partyzantkę, delikatnie mówiąc, która stanowi błędne koło. W sumie z filmu nie wynika, dlaczego te regiony są prześladowane i wyniszczane przez zastępy wojska, od czego wszystko się zaczęło (albo przegapiłam to wyjaśnienie). Swoją drogą chętnie bym poczytała jakieś zwięzłe opracowanie społeczno-historyczne na temat odrodzenia zjednoczonych Indii i ich wewnętrznych napierdalanek, żeby mieć większą jasność skali i rodzaju problemu.

Mamy również dramat pary głównych bohaterów: zauroczonego Amara i niezdolnej do bliskości Meghny. Na niej piętno położył dramat młodości (gwałt przez żołnierzy podczas napaści na wioskę), więc nie jest w stanie otworzyć się przed żadnym mężczyzną, stworzyć związku ani tym bardziej pokochać. Teraz walka stanowi najwyższą wartość w jej życiu, podporządkowuje jej wszystko i poświęca wszystko aż do końca. Tak obrana droga życiowa nie ułatwia stworzenia więzi intymnych, wprost przeciwnie. Amara fascynuje przede wszystkim jej tajemniczość, nie wie o niej tak naprawdę nic, a coraz głębiej popada w obłędną fascynację jej osobą. A kiedy wreszcie dowiaduje się wszystkiego to… chęci ma dobre i wzniosłe, ale do końca nie potrafi ani zrozumieć dziewczyny, ani jej pomóc, ani tym bardziej zaakceptować obranej przez nią drogi. Stoją po dwóch stronach barykady politycznej, stanowiącej jednocześnie barykadę dla rozwijającego się uczucia, które musi znaleźć ujście w inny, prowadzący do unicestwienia sposób.

Co sprowadza mnie do pierwotnie wygłoszonego zdania. W tym filmie na miłość... nie ma miejsca. Nie ma na nią miejsca w życiu Meghny, Amarowi nie jest dane w należyty sposób rozwinąć jej w sobie. Mamy zauroczenie, fascynację, pożądanie czy obsesję, ale… to wszystko prawdziwą miłością nie jest. Nie mamy miłości i mieć nie możemy. „Dil Se” to obraz wielu odcieni dramatu i cierpienia, nie miłości.

Sweeney Todd – recka

Historia pewnego zgorzkniałego golibrody (J. Depp) i cwanej piekarki (H. Bonham Carter). Todd pała żądzą zemsty na człowieku, który rozbił mu życie w driebiezgi. Pani Lovett się w nim podkochuje i wiernie mu sekunduje we wszelkich poczynaniach. Wredny sędzia (A. Rickman) jest wredny, zły i bezwzględny, nawet dla maluczkich. A każdy robi co może, żeby żyło mu się jak najznośniej (co w londyńskich warunkach ówczesnych czasów nie należy do najłatwiejszych zadań). Zazwyczaj najznośniej oznacza po trupach – dosłownie lub w przenośni.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony – team twórców taki, że śliiiiń (o czym już pisałam). Wizualnie oczywiście śliń (albo to moje proburtonowskie skrzywienie). Czerwona farba tryska na prawo i lewo – ale dzięki przepięknemu wystylizowaniu i wymuskaniu (ergo odrealnieniu pewnemu) nie jest aż tak makabrycznie, jak by mogło być. Aktorsko cacy (bym się zdziwiła, gdyby nie…). Historia interesująca, soczysta i z dość zaskakującym twistem na końcu. Tylko kurde ta muzyka…

Rozumiem, film powstał dzięki fascynacji oryginalnym musicalem scenicznym. Rozumiem, chcieli spróbować swoich sił w takim gatunku. Wszystko rozumiem. Ale… Źle trawię musicale, w których 90% akcji jest wyśpiewana i to większość melodii leci na jedno kopyto. Tego się niestety nie spodziewałam. „Hair” to jest my kind of musical, „Chicago” też, albo „Deszczowa piosenka”, o. Nie potrafię się ekscytować musicalami Webbera, muzyka Sondheima najwyraźniej również do mnie nie trafia. W sumie najbardziej podobała mi się piosenka, w której Todd i Lovett dyskutowali zalety mięs pochodzących z różnych… „źródeł”. Ale to ze względu na ironiczny tekst, a nie linię melodyczną. Z pozytywnych zaskoczeń – myślałam, że kto jak kto, ale Rickman to chyba śpiewać tam nie będzie, a tu szok, jak wszyscy to wszyscy :] Poradził sobie tak samo, jak wszyscy inni – dawali radę, ale nic więcej (zdecydowanie najlepszy był mały chłopaczek grający pomocnika).

BTW, tłumaczenie kinowe również irytowało niepomiernie. Mamy większość rozmów wyśpiewanych i wierszowanych, zatem i tłumacz trzymał się zasady zachowania i rymów, i rytmu (kosztem dosłowności). Wiem, cholernie trudna sprawa. Ale kurde, dostawałam od tego tak koszmarnego rozdwojenia jaźni, kiedy słyszałam coś zupełnie innego niż czytałam, że głowa mała. A że często treść była bogata i szybko wyśpiewywana, to… gubiła się gdzieś pomiędzy nutami. A niuanse poszły się kochać. No porażka. IMHO albo robimy dubbing i bawimy się w rym/rytm, albo napisy i skupiamy się na solidnym przekazaniu treści oryginału.

Mam wrażenie, że gdyby Burton całkowicie zrezygnował z formy musicalu na rzecz porządnych dialogów, to zyskałyby na tym i postacie (aktorzy by mieli co pograć, oj mieli) i historia (mroczniej, głębiej, dotkliwiej) i całokształt. No, ale to byłby już zupełnie inny film…

Kung Fu Szał

Czyli „Kung Fu Hustle”, jeśli trzymać się oryginału.

Lubicie filmy kopane? Lubicie wyjechane w kosmos parodie? Jeśli tak, to „Kung Fu Szał” jest filmem dla Was. Ja za filmami kopanymi nie przepadam, a parodie lubię tylko niektóre. Natomiast muszę przyznać, że ten film ubawił mnie w znacznym stopniu.

O co chodzi? Mamy gangsterów szalejących z siekierkami oraz mieszkańców biednej dzielnicy, którzy na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności muszą się bronić przed ich atakami. Co stanowi pretekst do wielu popisowych scen kopanych, przegiętych do nieprawdopodobieństwa i przez to nieodmiennie zabawnych. Efekty specjalne rodem z „Matrixa” (jedna ze scen nieodparcie kojarzyła mi się nawet z atakiem agentów Smithów na Neo w drugiej części). Aczkolwiek muszę przyznać, że w tak dużym natężeniu sceny kopane mogą być momentami nieco nużące dla nie-fanów gatunku.

Zdecydowanie warto rzucić okiem, zwłaszcza jeśli się jest w stanie głupawki, chce się taki stan uzyskać lub ma się ochotę zobaczyć coś lekkiego i odmóżdżającego.

Dla chętnych, aby poczuć klimat – przecudnej urody kompilacja z jutuba. Tylko ostrzegam – filmik zawiera spoilery, zwłaszcza pod koniec.

Phir Bhi Dil Hai Hindustani

Phir Bhi Dil Hai Hindustani

Komedia i dramat w jednym. W sumie bardziej komedia i IMHO szkoda, że tak nie pozostało. Mamy dwie konkurujące gwiazdy reportażu z dwóch konkurujących stacji telewizyjnych popieranych przez konkurujących oponentów politycznych. Początkowo skojarzyło mi się wybitnie z „Miłosnymi wyborami”, w miarę rozwoju akcji już nieco mniej, ale jakaś inspiracja chyba jednak była… Oczywiście wątek miłosno-nienawistny jest jak najbardziej, aczkolwiek się nie narzuca. A poza tym politycy są podli, szefowie stacji pazerni a dziennikarze rządni sławy i chwały za wszelką cenę (Piosenka „I’m the best” wymiata, zwłaszcza w wykonaniu Szaruka). Ale ponieważ nasze gwiazdy są piękne, młode i (w gruncie rzeczy) dość poczciwe, więc dostają szansę zrobienie czegoś Wielkiego, Dobrego i Patriotycznie Poprawnego.

No. Zatem w drugiej części komedii już nieco mniej, dramatu więcej (btw, żona głównej postaci dramatycznej wyjątkowo przygłupio zagrana). A na dokładkę do dramatu mamy deser z podniosłego patriotyzmu (przy którym nawet hamerykańskie zadęcie dostaje zadyszki). I kurcze, nie gra mi to ze sobą. Bo jak dramat, to za flagę i w fanfary, a jak komedia, to podchodząca nieustannie pod (auto)parodię. Za duży dysonans. I jak widok spazmatycznego SRK ma wzruszać, skoro nie wzrusza? („Szaruk się trzęsie – bo nie może wycharchać kłaczka” – cytacik z forum bollywood.pl). Pewnie lokalesi odbiorą sprawę inaczej, nieco poważniej, w końcu to ich flaga, naród, jedność i inne takie. Mnie przede wszystkim bawiło, skoro głupawka zdążyła się wcześniej rozwinąć do solidnych rozmiarów – zirytować nie zdążyło.

Żeby nie było – mimo mojego marudzenia na wątki dramatyczne film i tak jest godzien uwagi, bo warstwa komediowa broni go aż z naddatkiem. Szaruk przechodzi sam siebie i wychodzi mu to rewelacyjnie. Jego partnerka (Juhi Chawla) troszkę zbyt drewniana, ale daje radę. No i Johnny Lever jako gangster-nieudacznik też boski, on się zawsze komediowo sprawdza świetnie.

Bez ekstazy, ale solidne 7/10 pkt w bolly skally.