Sweeney Todd – recka
Historia pewnego zgorzkniałego golibrody (J. Depp) i cwanej piekarki (H. Bonham Carter). Todd pała żądzą zemsty na człowieku, który rozbił mu życie w driebiezgi. Pani Lovett się w nim podkochuje i wiernie mu sekunduje we wszelkich poczynaniach. Wredny sędzia (A. Rickman) jest wredny, zły i bezwzględny, nawet dla maluczkich. A każdy robi co może, żeby żyło mu się jak najznośniej (co w londyńskich warunkach ówczesnych czasów nie należy do najłatwiejszych zadań). Zazwyczaj najznośniej oznacza po trupach – dosłownie lub w przenośni.
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony – team twórców taki, że śliiiiń (o czym już pisałam). Wizualnie oczywiście śliń (albo to moje proburtonowskie skrzywienie). Czerwona farba tryska na prawo i lewo – ale dzięki przepięknemu wystylizowaniu i wymuskaniu (ergo odrealnieniu pewnemu) nie jest aż tak makabrycznie, jak by mogło być. Aktorsko cacy (bym się zdziwiła, gdyby nie…). Historia interesująca, soczysta i z dość zaskakującym twistem na końcu. Tylko kurde ta muzyka…
Rozumiem, film powstał dzięki fascynacji oryginalnym musicalem scenicznym. Rozumiem, chcieli spróbować swoich sił w takim gatunku. Wszystko rozumiem. Ale… Źle trawię musicale, w których 90% akcji jest wyśpiewana i to większość melodii leci na jedno kopyto. Tego się niestety nie spodziewałam. „Hair” to jest my kind of musical, „Chicago” też, albo „Deszczowa piosenka”, o. Nie potrafię się ekscytować musicalami Webbera, muzyka Sondheima najwyraźniej również do mnie nie trafia. W sumie najbardziej podobała mi się piosenka, w której Todd i Lovett dyskutowali zalety mięs pochodzących z różnych… „źródeł”. Ale to ze względu na ironiczny tekst, a nie linię melodyczną. Z pozytywnych zaskoczeń – myślałam, że kto jak kto, ale Rickman to chyba śpiewać tam nie będzie, a tu szok, jak wszyscy to wszyscy :] Poradził sobie tak samo, jak wszyscy inni – dawali radę, ale nic więcej (zdecydowanie najlepszy był mały chłopaczek grający pomocnika).
BTW, tłumaczenie kinowe również irytowało niepomiernie. Mamy większość rozmów wyśpiewanych i wierszowanych, zatem i tłumacz trzymał się zasady zachowania i rymów, i rytmu (kosztem dosłowności). Wiem, cholernie trudna sprawa. Ale kurde, dostawałam od tego tak koszmarnego rozdwojenia jaźni, kiedy słyszałam coś zupełnie innego niż czytałam, że głowa mała. A że często treść była bogata i szybko wyśpiewywana, to… gubiła się gdzieś pomiędzy nutami. A niuanse poszły się kochać. No porażka. IMHO albo robimy dubbing i bawimy się w rym/rytm, albo napisy i skupiamy się na solidnym przekazaniu treści oryginału.
Mam wrażenie, że gdyby Burton całkowicie zrezygnował z formy musicalu na rzecz porządnych dialogów, to zyskałyby na tym i postacie (aktorzy by mieli co pograć, oj mieli) i historia (mroczniej, głębiej, dotkliwiej) i całokształt. No, ale to byłby już zupełnie inny film…